RSS
piątek, 04 marca 2016

Przez jakiś czas nie będą pojawiały się tutaj nowe wpisy. 

Właściwie miałabym ochotę skasować te które już powstały, ale znam siebie i wiem, że może kiedyś będę chciała jeszcze wrócić do pisania tutaj, albo nawet jeśli nie będę chciała pisać to za jakiś czas spojrzę na nie wszystkie z uśmiechem. 

Żeby dopiąć klamrą to co przez ostatnie miesiące działo się w moim życiu, to co robiłam z samą sobą i otaczającym mnie światem, muszę wyjść poza ramy bezpiecznej wirtualnej rzeczywistości, którą sobie tutaj stworzyłam. 

Podglądając moich znajomych na fb, instagramie czy tysięcy innych portali społecznościowych wyrabiałam w sobie poczucie swoistej partycypacji w ich życiu. Przekonywałam samą siebie, że dzięki temu zachowuję jakąś nić relacji, która kiedyś z nimi mnie łączyła. 

Wybieram siebie i swoją codzienność w realu, a nie tą wirtualną. Może ta prawdziwa nie będzie ani taka miła, ani taka kolorowa jak wrzucane zdjęcia, klipy … ale zaryzykuję. 

To tyle. 

 

21:40, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2016

W polityce krajowej i tej trochę bardziej pozagrajdołkowej, burza za burzą. Media płynnie, niczym doświadczony surfer, przechodzą od tematu fali uchodźców napływającej do Europy - na marginesie temat przyczyny owej fali uchodźców jest już znacznie rzadziej wałkowany w mediach, ciekawe dlaczego - po możliwe opuszczenie przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej, aż do historii dokumentów znalezionych w domu pewnej dotąd mało znanej żony znacznie bardziej znanego męża. Zaskakujące że jeszcze parę miesięcy przy okazji śmierci ów pana co poniektórzy nie pozostawiali suchej nitki na jego osobie, a o słowach jego żony wypowiadali się - mówiąc kolokwialnie - w sposób bardzo negatywny. Dziś ci sami ludzie nie mogą się nachwalić udziału ów dwójki w to jak postrzegana będzie współczesna historia naszego kraju.

 

W naszym kraju droga od zdrajcy do bohatera i na odwró, jest niezmiernie krótka. 

 

Ale przy okazji tego nieustannego bombardowania nas informacjami, obrazami, wyciąganymi z szafy teczkami i starymi, nagrywanymi z ukrycia filmami, dostrzegłam niesamowitą zależność - im mniej lubię ten nasz kraj i życie w nim, tym bardziej lubię siebie i to w jakim miejscu aktualnie się znajduję. Im na zewnątrz większe burze, tym u mnie większy spokój. 

Mogłabym to zobrazować ilustracją - gdzieś tam w oddali może i jest sztorm i wielkie fale, ale na moim kawałeczku plaży - słoneczko, lekki wietrzyk od strony wody i delikatny szum fal obijających o brzeg. 

Więc niech inni się obrażają, okładają po głowach ile wlezie i niszczą nawzajem, ja idę w stronę słońca :)

piątek, 29 stycznia 2016

Taki piątek jak dzisiaj to przeciwieństwo wszelkich stereotypowych poniedziałków obśmianych w tysiącach memów. I nie dlatego, że mamy koniec tygodnia, albo dlatego że można rozpocząć trzydniową imprezę. 

Wstaję rano dwie minuty przed budzikiem. Dziwne, czuję się całkiem wyspana mimo niemoralnie wczesnej pory i ciemności panujących za oknem - wszystko co jest przed 6 rano to dla mnie wciąż głęboka noc. A więc mimo pobudki w nocy, jest dobrze. 

Odkręcam wodę w kranie i od razu leci ciepła - ani za gorąca, ani za zimna, taka w sam raz. 

Patrzę w lustro - włosy w całkiem przyjemnym ładzie, wystarczy odrobina lakieru i wyglądam prawie jak od fryzjera. 

Po krótkim prysznicu, szybki makijaż. Jakoś tak wszystko leży pod ręką, samo pcha się w dłoń i jakimś cudownym zrządzeniem losu, udaje mi się zaoszczędzić dodatkowe 10 minut  na poranną kawę i śniadanie. 

Śniadanie co prawda, nie wygląda tak wykwintnie jak te wrzucane przez moich znajomych na Instagram - nie wiem dlaczego kanapka z Nutellą nigdy nie prezentuje się wystarczająco wykwintnie, ale jest dobrze i nawet zdążyłam przejrzeć piątkowe dzienniki. 

A teraz prawdziwa próba - staję przed otwartą szafą i zaczynam proces selekcji - co by tutaj dzisiaj na siebie założyć? 

I tak jak są dni w które cokolwiek wybierzesz, to wyglądasz jakbyś dosłownie przed chwilą została przeżuta i wypluta przez jakieś gigantyczne zwierze, tak dzisiaj błękitna koszula i żakiet wyglądają jakby skroił je krawiec od samego Karla Lagerfelda. 

Wychodzę z domu i widzę piękne słońce.

Uśmiecham się.

To będzie dobry dzień. 

środa, 20 stycznia 2016

Na pierwszy rzut oka jestem normalną 29-latką. Udało mi się skończyć studia, które były moją pasją, a potem zaraz znaleźć pracę w swoim zawodzie. Poza tym mam wiele zainteresować i pasji. Jestem komunikatywną, raczej niegłupią dziewczyną. Do tego może nie należę do tych dziewczyn, które określa się mianem "klasycznymi pięknościami", ale też raczej na ulicy nie straszę swoją aparycją. Wzrost przeciętny, waga normalna. 

I wydawałoby się, że wszystko jest ok, że lepiej być nie może, ale jednak - jak się okazuje - nie jest tak do końca. Dla wielu moich znajomych i dla co poniektórych członków mojej rodziny mam poważną wadę, a wręcz defekt. Ni mniej ni więcej, jestem sama. I wciąż zaskakuje mnie, dla jak wielu osób jest to okoliczność obniżająca moją wartość, dowód na to, że coś musi być ze mną nie tak. 

Od razu wyjaśnię, że mieszkam w dużym mieście. Większość moich znajomych jest wykształconymi, oczytanymi osobami, które na co dzień bez problemu korzystają z wszystkich dobrodziejstw oferowanych przez nowoczesne technologie i które deklarują, że posiadają raczej liberalny światopogląd. A mimo to coraz częściej słysząc, że dalej jestem sama, na ich twarzach pojawia się grymas, albo wymyka im się niepostrzeżenie: "Ale jak to, ciągle sama?" Nie wiadomo po co i na co otrzymuję rady pod tytułem co mogłabym w sobie zmienić - bądź milsza, nie przyznawaj się do tego ile czytasz, udawaj że nie słyszałaś co to jest El Nino albo czym zajmuje się Komisja Wenecka, albo zacznij się inaczej ubierać, zapuść/zetnij/przefarbuj włosy itp., tak jakby to miało sprawić, że nagle kogoś wyjątkowego poznam. Podczas spotkań towarzyskich jednym z głównych tematów rozmów jest to dlaczego nie mam faceta, co to się z tym światem porobiło. Ostatnio nawet ksiądz podczas odwiedzin kolędowych został zagadnięty czy przypadkiem nie ma w rodzinie jakiegoś wolnego faceta, z którym można by mnie umówić. 

Nie wiem dlaczego tak trudno zrozumieć niektórym, że jestem sama nie dlatego że nikt nie chce się ze mną umówić. Że to nie tak, że zły los, uniwersum czy też Ktokolwiek Inny postawił mnie w tym miejscu życia gdzie teraz jestem całkowicie bez mojej wiedzy i mojego udziału. To, że teraz akurat jestem sama to w znacznej mierze konsekwencja moich własnych wyborów, tego że nie jestem miłośniczką umawiania się z facetami, którzy mnie nie interesują i że do tej pory nie spotkałam za wielu facetów, którzy jednocześnie byliby mną zainteresowani i którzy mnie by się spodobali. Cóż - niektórzy mają to szczęście, że spotykają odpowiednie osoby bardzo szybko, a inne muszą poczekać i poszukać trochę dłużej. 

Ale to wcale nie znaczy, że jestem gorsza, że coś ze mną nie tak albo że jestem nieszczęśliwa. Bycie samemu nie oznacza automatycznie, że czuję się samotna. Oczywiście, zdarzają mi się gorsze dni, podczas których wydaje mi się, że jestem beznadziejna i że nikt nigdy mnie nie zechce i że do niczego się nie nadaję. Ale takie dni zdarzają się każdemu z nas, bez względu na to czy jesteśmy aktualnie w szczęśliwym związku czy też ciągle krążymy na wolnym rynku w poszukiwaniu tego jedynego/tej jedynej. 

To, że jestem sama nie znaczy również, że desperacko dybię na każdego osobnika płci męskiej jaki pojawi się w moim otoczeniu, a więc dlaczego coraz częściej znajomi czują się skrępowani w towarzystwie faktem, że ja jestem sama a oni pojawili się na imprezie "parą"? Dlaczego bliższe i dalsze koleżanki obawiają się o swoich facetów? Dlaczego każda moja rada dotycząca związków i relacji damsko-męskich kończy się zarzutem, że myślę albo mówię w określony sposób bo zazdroszczę innym, że są z kimś związani?

Nie zazdroszczę wam drogie koleżanki, a życzę szczęścia i dużo miłości. Mam nadzieję, że wasi faceci zawsze będą w was zakochani i nigdy nie spojrzą z pożądaniem na inną kobietę. Drodzy koledzy, nie jestem jakąś chłopo-babą czy inną zdziczałą jędzą, która koniecznie chce wszystko robić sama, ale zwyczajnie, jeśli np. chcę mieć zimowe opony w samochodzie to muszę pojechać je wymienić. Wolałabym oczywiście w tym czasie pójść do kosmetyczki, albo leżeć i pachnieć, być niczym nimfa, ale jak do tej pory mój samochód nie nauczył się samemu wymieniać opon, więc muszę mu w tym troszkę pomóc. 

Nie jestem gorszą od nikogo tylko dlatego, że jeszcze nie jestem żoną, dziewczyną czy mamą. I nie będę gorsza od nikogo nawet wtedy jeśli okaże się, że nigdy nie będę żoną i mamą. 

18:47, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 grudnia 2015

Next year I'm going to be half the world away. 

21:35, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2015

Czasami słyszę, że kobiety przywiązują nadmierną wagę do drobiazgów. Nie posiadam wiedzy jak się to ma u innych kobiet - żadnych szczegółowych badań ani testów na ten temat nie prowadziłam - ale w moim przypadku to stwierdzenie chyba jest prawdziwe. Chyba coś w tym jest, że niejednokrotnie jakiś detal potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, albo stać się początkiem dla awantury zwiastującej nadejście III wojny światowej. 

Ale "umiłowanie" szczegółów ma też swoją dobrą stronę. 

To właśnie w małych, niepozornych gestach odbijają się wszystkie emocje jakimi otaczający mnie ludzie, dażą się nawzajem. Czasami właśnie taki niewinny gest - złapanie za dłoń, odgarnięcie włosów z czoła, zwrócenie się do mnie w czuły sposób, podanie filiżanki kawy, zrobienie rano śniadania przed pracą czy zwyczajne "dzień dobry" są najlepszym dowodem na całą miłość, czy sympatię do mnie. 

Nie potrzebuję wielkich wyznań, spektakularnych niespodzianek czy gónolotnych słów, żeby przekonać się, że na kimś mogę polegać, że ktoś mi dobrze życzy, że dla kogoś jestem ważna. 

Zatem nie tylko jestem opłacalną inwestycją - niskie koszty utrzymania, ale również emocjonalnie nie wysysam energii niczym wampir. Nie trzeba mi wiele. A że czasami spóźnienie albo nieodłożone na miejsce płyty, mnie zirytują - chyba można mi to wybaczyć ;-)

12:51, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Za 3 dni koniec roku. 

Uffff

Cieszę się, że ten 2015 rok już się kończy. 

Nigdy bym nie przypuszczała, że ten mijający rok będzie aż tak intensywnym czasem dla mnie. 

I pewnie dla niektórych osób patrzących na mnie z zewnątrz, niewiele zmieniłam się przez ostatnie 12 miesięcy. Ta sama osoba, to samo otoczenie. Ale mam wrażenie że to tylko pozory. 

W środku jestem już całkiem kimś innym, niż na początku roku. 

Nigdy wcześniej nie walczyłam tak wytrwale o każde marzenie, o każdą relację, o każdą emocję. Czy mi się udała ta walka? Nie do końca. Nie wszystkie plany i marzenia spełniły się. Nie każda relacja przetrwała, nie wszystkie osoby zostały przy mnie. Nie każde uczucie zostało odwzajemnione. Niektóre nadzieje zostały zawiedzione. 

Ale jednego jestem pewna. Zrobiłam wszystko co można było. Walczyłam do utraty tchu. Nic więcej nie mogłam z siebie dać. Doszłam do punktu w którym - czasami z większym, czasami z mniejszym żalem - musiałam przyznać, że to może nie ten czas, nie to miejsce, nie ta osoba. 

Planuję zakończyć ten rok - mimo wszystko - z uśmiechem na twarzy. Zostawić za sobą wszystkie te emocje, które towarzyszyły mi ostatnio, wszystkie niewypowiedziane słowa i myśli puścić gdzieś w niepamięć. Odpuścić sobie i innym. 

I nie planować. 

piątek, 11 grudnia 2015

Grudzień zdążył już na dobre rozgościć się dookoła, Boże Narodzenie za mniej niż 2 tygodnie, a to oznacza że nadszedł najlepszy moment na refleksję nad minionymi 12 miesiącami. 

Ale dzięki pewnemu postanowieniu jeszcze z zeszłego roku, podsumowanie 2015 roku ma tym razem kolor różowo-pomarańczowo-żółty. 

Dlaczego akurat taki?

Pod koniec zeszłego roku postanowiłam, że w 2015 będę prowadziła coś co szumnie nazywa się "słoikiem dobrych wspomnień". Idea była taka, żeby na małych kartkach papieru spisywać co miłego czy inspirującego spotykało nas na co dzień. 

Oczywiście, nie spisywałam moich dobrych chwil każdego dnia, a jestem pewna że z każdego mogłabym coś miłego czy dobrego spisać. Braki ilościowe w moich karteczkach to efekt wyłącznie lenistwa rozwiniętego do granic przyzwoitości. Ale z tych, które udało mi się spisać wyłania nie następujący obraz. 

Większość miłych chwil czy wspomnień nierozerwalnie związanych jest w moim życie z ludźmi. W pamięci bardzo mocno zapadły mi wszystkie te chwile, które związane były z oczekiwaniem na narodziny mojego chrześniaka i towarzyszącymi temu wydarzeniami. Wiązały się one w oczywisty sposób również z moją siostrą, rodzicami i pozostałą rodziną oraz czasem spędzanym z nimi wspólnie.

Masa miłych chwil związanych jest z moją przyjaciółką i wszystkim tym co zbroiłyśmy wspólnie w tym roku, albo co super przytrafiło się jej w życiu osobistym, a stało się powodem także mojej radości - nie mogę doczekać się już jej ślubu ;-)

Całkiem sporej liczbie wydarzeń, które trafiły na papier, a potem zostały zamknięte w moim magicznym słoiku, towarzyszyła osoba poznana dopiero w tym roku. I mimo, że znamy się w gruncie rzeczy niedługo, to jak wynika z mojej karteczkowej listy, dość często był on moim "partner in crime". 

Z moich tęczowych karteczek mogłam sobie przypomnieć ile rzeczy po raz pierwszy w swoim życiu zrobiłam właśnie w tym roku m.in. zostałam ciocią, założyłam własną firmę, po raz pierwszy oglądałam filmy w kinie samochodowym, byłam na festiwalu filmów amerykańskich, na moim pierwszym koncercie z prawdziwego zdarzenia, użądliła mnie pszczoła po raz pierwszy w życiu i chyba przeżyłam nasze niespodziewane spotkanie lepiej od niej, dostałam pierwszą w życiu wizę i togę, obchodziłam po raz pierwszy 4 lipca - chociaż bez sztucznych ogni, i Święto Dziękczynienia. 

 

Przy okazji jasno wynika z moich karteczek, że ciągle nie wzięłam udziału w karaoke i w 2016 roku pora to wreszcie nadrobić. 

Nie wiem czy to święta, które wpływają na mnie mega rozczulająco, czy mój słoik i jego landrynkowe kolory, ale przypominając sobie te wszystkie dobre chwile z mijającego roku, odczuwam ogromną wdzięczność w stosunku do osób, które były i są wokół mnie. Czasami tylko patrzyły z boku na to co robiłam, czasami ratowały mnie przed spektakularnymi porażkami, czasami mobilizowały do walki o swoje marzenia, ale przede wszystkim zawsze były źródłem radości i poczucia, że nawet jeśli byłam sama, to nigdy nie byłam samotna. 

22:45, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 grudnia 2015

Lubimy wierzyć, że zasługujemy na wyjątkowe życie. Lubimy wierzyć, że sami jesteśmy wyjątkowi, że jesteśmy dla świata i innych niepowtarzalni i jedyni w swoim rodzaju. 

Ja też zawsze lubiłam w to wierzyć. I miałam ku tej wierze całkiem dobre powody. Otaczałam się bowiem wieloma wyjątkowymi osobami - moja siostra, rodzice, przyjaciele są piękni zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. A więc patrzyłam na nich z autentycznym podziwem marząc, że kiedyś też taka będę jak oni. Że kiedyś ktoś popatrzy na mnie z takim samym uznaniem albo zaciekawieniem - a może mieszanką jednego i drugiego, z jakim ja patrzyłam na nich. 

Wierzyłam, że wiedza, doświadczenie i ten magiczny pierwiastek, który nosimy sami w sobie, sprawi że stanę się osobą z którą inni chcą przebywać, która intryguje i ciekawi innych, osobą, którą otacza jakaś tajemnicza, którą chce się poznać. 

Chyba nie muszę dodawać, że jak byłam młodsza to wydawało mi się oczywistą oczywistością jak mawiał klasyk, że ową niezbędną wiedzę i doświadczenie na pewno zdobędę w swoim dorosłym życiu, a ta szczypta niezwykłej osobowości pojawi się z czasem. 

Ale mimo swoich lat, nie stałam się niestety taką osobą. Kojarzycie w waszym towarzystwie osobę, która jest największym śmieszkiem, parodystą albo takim wiecznie uśmiechniętym "pocieszycielo-przytulaczem"? Na pewno kojarzycie, bo w każdej grupie znajomych jest ktoś taki. Ja właśnie jestem kimś takim. W takich osobach nie ma nic intrygującego, nic wyjątkowego. Są tacy swojscy, tacy - wydaje nam się - dobrze znani i normalni. Na takie osoby nikt nie patrzy z uznaniem, co najwyżej pstryka się na nie palcami, żeby rzuciły jakiś dobry dowcip na rozładowanie napiętej atmosfery na imprezie przy stole. 

Tak wyszło. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że przecież gdyby każdy miał być wyjątkowy to w tej wyjątkowości nie zostałoby już nic specjalnego. 

23:05, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 listopada 2015

Na wstępie chciałam "popełnić" małe wyznanie - należę do walecznych dziewczyn. Co prawda, ta moja waleczność przypomina czasami w swoim stylu jakąś ciężką chorobę bądź upośledzenie, ale tak - można uznać mnie za waleczną osobę. 

W wielu sytuacjach ta cecha może okazać się bardzo przydatna. Gdy byłam jeszcze mała, a rodzice odmawiali mi np. kolejnego pączka to aż do utraty tchu zasypywałam ich pytaniami, dlaczego właściwie ten jeden i jedyny pączek zostaje mi zakazany, co też padło u podstaw takiej a nie innej ich decyzji, czy to przypadkiem wina tego biednego pączka, czy też źródło odmowy może leży gdzieś we mnie albo nie daj Boże, gdzieś po ich stronie. Nie zdradzę żadnego sekretu jeśli napiszę, że wielokrotnie rodzice kapitulowali pod naciskiem mojej werbalnej waleczności. 

W dorosłym życiu zamiast o pączki czy inne słodycze, częściej przychodziło mi walczyć o własne zdanie, o szansę na realizację własnych marzeń i planów czy też o relacje z innymi ludźmi. 

I tutaj niestety moja waleczność zaczęła ukazywać swoje ciemne strony. Bo tak jak walka do utraty tchu o jeszcze jednego lizaka mogła co najwyżej spowodować przypływ dodatkowych kalorii, które następnie spalałam na licznych zajęciach sportowych, tak walka o uwagę czy uczucia innych często pozostawiała jedynie gorzkie doświadczenia i uczucie zawiedzionych nadziei. 

Nie mówię, że nie powinno się walczyć o relacje. Oczywiście, że powinno się. A im są one dla nas ważniejsze, tym dłużej i bardziej wytrwalej powinno się o nie walczyć. Ale nie powinno się o nie walczyć w sposób, który najlepiej obrazuje powiedzenie: "walczyć do utraty tchu". Bo jeśli walczysz do końca, ofiarowujesz wszystko co masz, to za sobą zostawiasz jedynie zgliszcza. Taka walka potrafi czasami kosztować więcej niż jesteśmy w stanie udźwignąć, więcej niż relacja o którą tak walczyliśmy, byłaby nam w stanie kiedykolwiek oddać z powrotem. Po takiej walce nie zostaje nam nic do zaoferowania innym i samemu sobie. 

Co więcej, w tej całej walce bardzo często zapominamy o tym, że nikogo nie można zmusić do zostania, nikogo nie można zmusić do szacunku, uznania czy kochania. I nie ważne jak długo będziemy walczyć, ile z siebie damy w tej walce, to jeśli ktoś będzie chciał odejść to odejdzie i nie jesteśmy w stanie go zatrzymać. 

Czasami więc lepiej dać sobie spokój z walką. Odpuścić sobie. 

15:38, sno_bka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Tagi